Zacząłem już pracę w restauracji i przetestowałem 3 możliwe formy dotarcia do niej.
1. rower - W jedną stronę mam niecałe 15km ścieżką rowerową brzegiem rzeki więc jest przyjemnie, a jazda zajmuje tylko ok 50 minut.
2. autobus - Mogę jeździć autobusem do pracy i zajmuje to w sumie ok 40 minut od wyjścia z domu. Minus jest taki, że ostatni powrotny jest o 22 i czasem się mogę na niego nie wyrobić.
3. citycat - Mogę płynąć promem, ale jest to najdłuższa opcja, sama podróż trwa 40 minut + kilkanaście piechotą do domu. Jest za to plus, bo citycaty pływają od 5.43 rano do 11.45 wieczorem.
Raczej będę wybierał wersję rowerową, jedynie jak będę zaczynał pracę rano do będę łączył citycat (rano) i rower (po pracy).
Do Australii na jeden mecz przyleciał Celtic Glasgow. Jak tylko się dowiedziałem wiedziałem, że muszę na niego iść. Trochę niepewne było czy Artur Boruc przyleci z drużyną, ale ostatecznie przyleciał i pokazał się z dobrej strony.
Bilet kupiłem na sektor Celticu, żeby poczuć choć namiastkę europejskiego klimatu meczów piłki nożnej - szaliki, flagi, śpiew.
Już od rana po całym city kręciły się tłumy kibiców ubranych w koszulki w biało-zielone pasy, było też widać kilku kibiców w pomarańczowych koszulkach (Roar).
Przed stadionem stał zespół kobziarzy i grali pieśni Celticu, najlepiej wszystkim wychodziło "You will never walk alone", a w trakcie meczu Holy Goalie na cześć Artura Boruca.
Cała trybuna południowa była dla kibiców Celticu, a Ci zjechali się z całej Australii, Nowej Zelandii, było trochę z Azji, a na trybunach wisiała flaga fan-clubu z Toronto. Kibice Roar chyba pierwszy raz czuli się jak nie u siebie.
W trakcie meczu po murawie pohasało też dwóch golasów, ale szybko zostali złapani i zawinięci w jakieś prześcieradła :)