niedziela, 4 grudnia 2011
Do 3 razy sztuka czyli Main Range NP
W okolice Parku Narodowego Main Range wybierałem się z Piotrkiem już dwukrotnie, niestety nie udało nam się wcześniej przejechać całej zaplanowanej trasy.
Ok 9 zameldowaliśmy się w Warill View, skąd wyruszyliśmy w trasę po Scenic Rim.
Na trasie widoki przepiękne, robiliśmy postoje co chwilę, żeby zrobić jak najwięcej zdjęć.
Pierwszy dłuższy postój zrobiliśmy sobie w Rosevale, w jak się później okazało najstarszym w Queensland budynku hotelowym z 1852 roku. Uraczyliśmy się tutaj smacznym, lokalnym piwkiem.
Droga w większości była asfaltowa, ale mieliśmu też ciekawsze odcinku drogi szutrowej
Po ok 50 kilometrach w Aratulii zrobiliśmy kolejny postój i przekąsiliśmy małe co nieco. Przy okazji wymieniłem dętkę, która przebiła się chwilę przed postojem.
Po drodze powrotnej z Aratulii trafiliśmy na zamkniętą drogę, ale uznaliśmy, że zakaz nie dotyczy rowerów ;)
niedziela, 20 listopada 2011
Czas na surfing
Dzisiaj miałem pierwszy raz lekcję surfingu, jakoś przez 4 lata nie udało mi się wcześniej wybrać. Razem z Michałem zapisałem się na nią w szkółce na Surfers Paradise. Pierwsze 2 etapy lekcji były proste, tj. płynąć na leżąco i klęcząc, trudniej było z ostatnim etapem, że stanąć na nogach. Prawie udało mi się, ale "prawie" robi wielką różnicę :) Zabawa była fajna więc pewnie wypożyczę sobie kiedyś deskę i popróbuję wstać.
Po lekcji poszliśmy we czwórkę - były z nami jeszcze Marta i Kasia - na obiad i wieczorem wróciliśmy do Brisbane.
niedziela, 6 listopada 2011
Na szczycie Australii
Poprzednim razem nie powiodło się więc teraz nastąpiła próba nr 2 zdobycia najwyższego szczytu Australii - Góry Kościuszki.
Kilka tygodni wcześniej uzbierała się nas piątka chętnych, zarezerwowaliśmy bilety na samolot, znaleźliśmy nocleg i oczekiwaliśmy wyjazdu. Na tydzień przed wyjazdem Qantas wstrzymał wszystkie loty, ale na szczęście wznowił więc wylecieliśmy bez niespodzianek w piątek po pracy.
Wyjątkowo skończyliśmy o 4, na lotnisku byliśmy po kilku minutach więc mieliśmy ponad 2 godziny oczekiwania (po wielu godzinach w pracy jest to miła alternatywa). W Canberze poczekaliśmy chwilkę na Pedrosa. W międzyczasie odebrałem samochód z wypożyczalni i ok 11 wyruszliśmy w kierunku Jindabyne. małej miejscowości tuż koło Kosciuszko National Park. Zatrzymaliśmy się w Kosciusko Mountain Retreat, gdzie wynajęliśmy domek.
Po krótkiej nocy (położyliśmy się o 2, a pobudka o 6) skoczyliśmy rano na zakupy śniadaniowe i prowiant na drogę.
Martę, Kasię i Michała zostawiliśmy w Charlotte Pass, skąd wyruszyli pieszo na szczyt, ja i Pedro wróciliśmy w tym czasie do Jindabyne, gdzie odebraliśmy zamówione wcześniej rowery. Uznaliśmy, że samo wejście na Górę Kościuszki, nie będzie tak ciekawe jak wjechanie rowerami na nią.
Rowerami wyruszliśmy z Perisher Valley, gdzie zostawiliśmy samochód. Pierwsze 10 kilometrów jechaliśmy Kosciuszko Road, którą dojechaliśmy do Charlotte Pass. Tam zrobiliśmy krótki postój i zrobiliśmy kilka fotek na platformie widokowej.
Kolejne 9.5 km do szczytu było już przyjemną drogą w terenie.
Zrobiliśmy postój nad Snowy River, za którą zaczyna się podjazd, ale całkiem prosty (trudniejszy był na Mt Tamborine). W pewnym momencie musieliśmy zsiąść z rowerów i przeprowadzić po śniegu - próbowaliśmy przejechać, ale było za ślisko. Niestety nie można wjechać rowerem na sam szczyt, trzeba zostawić ok 1km wcześniej. Następnym razem nie poddam się i wniosę rower na szczyt.
Na górze czekała na nas reszta grupy. Zjedliśmy kanapki przygotowane przez dziewczyny, zrobiliśmy kilka zdjęć i nauczyliśmy kilka osób poprawnej wymowy nazwy szczytu - zamiast australijskiego kozyosko.
W drodze powrotnej ja z Piotrkiem zjechałem do Perosher Valley, natomiast Michał z dziewczynami poszli do Thredbo, gdzie się później spotkaliśmy.
Niedziela to dzień powrotu do domu. Postanowiliśmy urozmaicić sobie powrót i pojechaliśmy samochodem do Sydney - ok 450km. Najpierw zatrzymaliśmy się w miejscowości Cooma, w której znajduje się Snowy Mountains Scheme, czyli system tam, kanałów, elektrowni zbierających wodę z Gór Śnieżnych i wytwarzających energię elektryczną do Nowej Południowej Walii, Wiktorii i Canberry.
Kolejny postój mieliśmy mieć w Goulburn, ale po drodze zobaczyliśmy strzałkę do wodospadów i tak spędziliśmy ponad godzinę jeżdżąc samochodem po lesie. Zrobiło się późno i musięliśmy pędzić prosto do Sydney, gdzie mieliśmy samolot o 19.
Subskrybuj:
Posty (Atom)