poniedziałek, 26 grudnia 2011

NZ - powrót do Christchurch

Niestety z powodu awarii roweru wróciliśmy do Christchurch. Po drodze udało się znaleźć nocleg tuż obok zamkniętego centrum miasta. Właściciel hostelu próbował znaleźć nam tani samochód, ale wszystko co tanie jest już zajęte więc przez internet rezerwujemy samochód w jednej z dużych wypożyczalni.

Zadowoleni, że wszystko załatwione - nocleg i samochód - idziemy na spacer po mieście - widmo. Po lutowych i powtórnie sprzed kilku dni trzesieniach ziemi ścisłe centrum Christchurch zostało zamknięte, jedynie niewielkie fragmenty są dostępne. Trafiamy do ciekawego centrum handlowego, mianowicie sklepy, banki i punkty usługowe znajdują się w kontenerach, zostały one udekorowane i przystosowane do pewnych standardów.








Na kolację idziemy do pizzerii, gdzie zjadamy bardzo dobrą pizzę, a po powrocie do naszego mieszkania spotykamy dwóch współlokatorów. Przed snem robimy jeszcze zarys trasy na kolejne dni.

NZ - na rowerze dzień drugi i...

Pobudka po 6 rano z przepięknym widokiem na góry. Na śniadanie mamy powtórkę z kolacji tj carbonarę. Po śniadaniu i spakowaniu się ok 8 wyruszamy w kierunku przełęczy Arthur's Pass.




Nie było tak strasznie jak nam się wcześniej wydawało i już po chwili byliśmy na parkingu koło stacji kolejowej, gdzie niestety ułamała mi się śróbka w bagażniku, ale jakoś to naprawiłem.

Kilkaset metrów dalej naszym oczom ukazała się stacja benzynowa, o której dowiedzieliśmy się dzień wcześniej w Springfield ("następna stacja paliw za 82 km"). Jeszcze bardziej się ucieszyliśmy, gdy zobaczyliśmy, że jest otwarta i znajduje się tam również restauracja i sklep.


Podładowaliśmy baterie i telefony, zjedliśmy dużo smaczniejsze drugie śniadanie i po około godzinie ruszyliśmy w dalszą podróż.



Na przełęczy zrobiliśmy sobie postój na zdjęcie, teraz czekało nas 100km z górki więc szykowała się wyśmienita jazda.

Pierwszy postój na fotki zrobiliśmy koło Otira Viaduct, który ma 12% nachylenie przez cała długość. Tam też Kea próbowała zajrzeć do mojego bagażu.






Super jazda było do momentu, aż po kilkunastu kilometrach łamie mi się druga śróba w bagażniku i tej niestety nie udaje mi się naprawić. Po jakimś czasie grzebania przy rowerze widzę wracającego Pedrosa, który jak się okazało czekał na mnie z gotowym aparatem kilka kilometrów dalej.

Decydujemy, że nic z tym bagażnikiem nie zrobimy i musimy wracać do Christchurch.


Na samochód chętny, żeby zabrać 160km 2 turystów z rowerami czekaliśmy jedynie około kwadransa. Naszym kierowcą okazał się Radek z Czech, który jak większość jego rodaków tutaj, jest na wizie work and holiday. Aż dziwne, że się odważył nas zabrać, jakbym zobaczyłem takiego kosmitę to bym się chyba wystraszył :)


Po drodze obmyślamy plan co dalej począć z naszymi wakacjami. Zdecydowaliśmy, że weźmiemy samochód i ruszymy na północ wyspy. Podczas jazdy szukam noclegu w Ch-ch i udaje znaleźć się pokój w "at the right place"

niedziela, 25 grudnia 2011

NZ - Pierwszy dzień na rowerze

Po krótkiej nocy wstaliśmy po 5-tej i poszliśmy do drugiego terminalu na śniadanie, żeby mieć siły na pierwszy dzień na rowerze.
Na lotnisku znajduje się specjalna strefa do składania rowerów, dzięki uchwytom szybciej skręciliśmy rowery i przed 8 byliśmy gotowi do wyjazdu. Chcięliśmy zrobić jeszcze zakupy, ale z powodu, pierwsze dnia Świąt wszystkie sklepy w okolicy były pozamykane, jedynie udało nam się kupić conieco na stacji benzynowej.


O 9-tej byliśmy już w drodze w kierunku Alp.


Podróż mijała bardzo przyjemnie, a było jeszcze milej, gdy pozdrawiali nas różni ludzie i życzyli udanej podróży czy po prostu miłego dnia :) W pewnym momencie zaskoczyła nas pewna pani, która wyszła na drogę i wręczyła nam świąteczną paczkę z ciastkami i malinami.


Pierwszy dłuższy postój zrobiliśmy po 60 kilometrach w miejscowości Sheffield. Nie udało nam się znaleźć żadnego otwartego lokalu czy sklepu więc odpoczeliśmy sobie w cieniu drzew.

Po kolejnych 8 km w miejscowości Springfield znaleźliśmy otwartą restaurację. Niestety odbywała się w niej impreza zamknięta. Zostaliśmy poinformowani, że następny otwarty lokal jest po drugiej stronie gór, ewentualnie możemy wrócić do Christchurch - jakoś nie zrozumieli, że na rowerze z sakwami 60 km to jest spory wysiłek szczególnie gdy temperatura wynosiła ponad 30'C.


Po drugiej stronie ulicy była zamknięta stacja benzynowa, kolejka samochodów wskazywała, na to, że jest jakaś szansa na otwarcie stacji pomimo świąt. Faktycznie po chwili przyjechał właściciel, który po specjalnej dodatkowej opłacie otworzył stację, a później sprzedał paliwo. My podłączyliśmy się (ale bez świątecznej dodatkowej opłaty) zakupiliśmy kilka butelek wody - woda kosztowała 12 NZD, ale sprzedawca powiedział, że tego dnia nie wydaje reszty więc kosztowała nas 20 dolarów.

Zmęczeni od upałów kładziemy się w parku pod drzewem i po około godzinie, gdy się trochę ochłodziło wstaliśmy i ruszyliśmy w dalszą trasę.




Po kolejnych kilkunastu kilometrach tuż przed wjazdem w góry zaczyna się ulewa i jesteśmy zmuszeni złapać autostop. Machamy 2 razy i za każdym razem zatrzymuje się samochód - w pierwszym nie mieścimy się z rowerami, ale drugi to campervan, do którego w gościnę przyjmuje nas holenderskie małżeństwo. Zawieźli nas na pół dzikie pole namiotowe, a po drodze zrobiliśmy jeszcze kilka postojów na zdjęcia.





Po rozbiciu namiotu zrobiliśmy sobie kolację i wtedy poznaliśmy nowozelandzkie meszki, które nie dały nam żyć. Podczas gotowania spotkaliśmy Czechów, którzy są w NZ na wizie work and holiday.



Przed snem zrobiliśmy sobie jeszcze spacer nad rzekę w celu schłodzenia napojów orzeźwiających. W NZ ciemno robi się późno (w porównaniu z 18-tą w Brisbane) więc usnęliśmy, gdy na zewnątrz wciąż było jeszcze widno.


W sumie dzisiaj przejechaliśmy 84 km.